piątek, 18 kwietnia 2014

6

Strasznie zmarzłam, więc po powrocie do domu od razu wskoczyłam pod ciepły koc i nawet nie wiem kiedy, zasnęłam. Rano obudziły mnie piękne promienie słońca wpadające przez uchylone okno. Wzięłam do ręki telefon, na ekranie były 3 nieodebrane połączenia od Michała.. Kurcze, czego on znowu chciał. Był pieprzonym egoistą, myślał tylko o sobie, nie zastanawiał się nad tym, że znowu mnie rani. Przykre, że odzywał się tylko wtedy kiedy jemu to odpowiadało.Chociaż ponoć doceniamy to co mieliśmy, dopiero gdy to stracimy. W tym przypadku mój książę ocknął się trochę za późno. Dwóch lat przyjaźni i miłości nie da się tak po prostu przekreślić, zapomnieć i przestać się odzywać, doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Wiedziałam, że  jest jeszcze jakaś nadzieja na to, abyśmy mieli ze sobą normalny kontakt, ale potrzebuję czasu.Chciałam zadzwonić do Mariki, opowiedzieć jej o wszystkim, ale kiedy już wybierałam numer doszło do mnie jak bardzo jest teraz zajarana koncertem i nie chciałam jej tego psuć. Odłożyłam telefon, odświeżyłam się trochę i postanowiłam pójść pobiegać. Nie mogłam nie skorzystać z tak pięknej pogody a do tego o dziwo miałam w sobie mnóstwo energii. Zbiegłam na dół, moi rodzice siedzieli na kanapie. Ojciec jak zwykle pochłonięty był pracą, więc postanowiłam, że o koncercie pogadam z nim wieczorem, a mama oglądała jakieś wyżerające mózg seriale, w których ciągle działo się to samo. W kuchni na stole leżały kanapki, więc poczęstowałam się jedną, założyłam słuchawki na uszy i wybiegłam z domu. Naprawdę piękny dzień. Jako, że było jeszcze dość wcześnie w pobliskim parku nie było prawie ludzi. Cieszyłam się z tego, ponieważ w tym miejscu często można było spotkać Michała ze swoimi kolegami a ja nie bardzo miałam na to ochotę.  
"Outside there's a bird and it is singing
And outside of my window, there's a life
I feel like someone's talking to my spirit
They tell me that there's reasons to survive."

Uwielbiałam głos Jamesa Arthura, uwielbiałam tą piosenkę, właśnie w takim momencie mojego życia dawała mi siłę. Zrozumiałam, że muszę o siebie walczyć. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam szczęście, mam nadzieję, że zagości ono u mnie na dłużej. Wiedziałam, że chcę być szczęśliwa już zawsze sama dla siebie, i to ja chcę sobie dawać to szczęście, nie ktoś inny. Chciałam odzyskać zagubiony gdzieś we mnie dawny optymizm. Muzyka dawała mi nadzieję, siłę i wprowadzała mnie w stan euforii. Zaczęłam tańczyć i skakać na środku parku, nie obchodziło mnie czy ktoś na to patrzy czy nie. Biegłam już w kierunku domu, kiedy w naprzeciw mnie ujrzałam Michała. Szedł niepewnie w moją stronę, wyglądał na smutnego i zagubionego. Od razu pomyślałam, że po on również poczuł pierwsze promienie słońca i wyszedł na spacer, jeszcze wtedy nie wiedziałam co tak naprawdę się za tym kryje. Nawet nie ściągałam słuchawek, uśmiechnęłam się do niego życzliwie i pobiegłam dalej. Nie odwróciłam się ani razu, ale czułam na sobie jego wzrok, nie chciałam aby popsuł mi mój pierwszy od dawna dobry humor. Czyżby był to jakiś początek czegoś lepszego? Mam nadzieję, że tak.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak to mówią, nadzieja matką głupich... Miał być lepszy początek, a był koszmar, przeplatany strachem a jednocześnie odrobiną szczęścia. Przez kolejne pięć dni Marika przeciągnęła mnie przez wszystkie galerie we Wrocławiu. Schudłyśmy chyba po 3 kilo. Ona miała już doskonały plan na nasze stroje i  mimo tego, że miałyśmy zupełnie odmienne gusty,a moja przyjaciółka doskonale wiedziała, że nie zgodzę się założyć bluzy z podobizną Justina, zaoferowała mi coś, wobec czego poddałam się i w rezultacie na koncert obie mamy pójść tak ubrane:
 Marika



Ja

Miałyśmy jedne z najlepszych miejsc oraz wejście za kulisy. Tak, naszych rodziców trochę to kosztowało, ale czego nie robi się dla Justina? Haha. Oprócz przygotowywania się do koncertu była jeszcze szkoła. Byłam dobrą uczennicą, więc jakiegoś większego problemu z nią nie miałam, ale nauczyciele i tak dawali w kość. Strasznie lubiłam moją klasę, mimo tego, że nie było w niej Mariki. Dobrze się ze wszystkimi dogadywałam i większość tych ludzi wiedziała jak poprawić mi humor w gorsze dni. Michał wydzwaniał i wypisywał do mnie codziennie, przez co jeszcze bardziej zniechęcał mnie do kontaktów z nim. Jego przyjaciel, Kajetan, chodził ze mną do klasy i ostatnio zauważyłam, że jakoś baczniej się mi przygląda, uważnie patrzy z kim rozmawiam i o czym, obserwuje każdy mój ruch. Nie bardzo wiedziałam o co mu chodzi jednak z czasem zaczęłam to olewać. Ale dziwne dla mnie stało się też to, że zbyt często widywałam Michała, niby zawsze tłumaczył, że przypadkiem, ale zdecydowanie za dużo tych "przypadków" było, żeby nie stało się to dla mnie podejrzane. Ostatnim razem, gdy dość późno wracałam od koleżanki miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Być może to tylko moje przewrażliwienie, ale czułam, że coś jest nie tak. No i się nie pomyliłam, tego co stało się później nie mogłam sobie wyobrazić w najgorszych snach...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz